Kobieta z pasją? Nie w kolarstwie [Felieton]

2

Jeżdżą. Trenują. Ścigają się. Kobiety w kolarstwie. Ale nie mowa o tych które stoją wokół trasy i dopingują innych, ale o tych które w tym sporcie biorą czynny udział i są niedoceniane.

Już dawno odszedł pogląd, że kobiety są skazane wyłącznie na prace domowe i na każde zawołanie mają dostępować kroku swojemu mężczyźnie. Typowy szowinistyczny pogląd. Bo co złego jest w tym jeśli kobieta ma swoje pasje, realizuje je a jeszcze do tego zarabia pieniądze?

Czy czasem typowo męski pogląd jaskiniowca przynoszącego pożywienie swojej ukochanej nie jest zbyt przestarzały?

Odkąd obserwuje to, co się dzieje w kolarstwie to mam wrażenie, że ta dyskryminacja nie jest pojedynczym przypadkiem.

Przez ostatnie lata mogliśmy podziwiać rozkwit kolarstwa i popisów naszych krajowych zawodniczek. Dzięki sukcesom Maji Włoszczowskiej, Kasi Niewiadomej, Anny Szafraniec-Rutkiewicz, Eugieni Bujak  mamy wielkie zainteresowanie rowerami u dziewczyn, które dopiero zaznajamiają się z kolarstwem, ale też osiągają większe lub mniejsze sukcesy jak to było w przypadku  Agnieszki Skalniak czy Justyny Kaczkowskiej.

A ostatnim odkryciem roku jest Małgorzata Jasińska, która przez swój zapał znalazła się w ścisłej czołówce.

One też trenują tak często jak mężczyźni. Czasem nawet więcej, żeby im dorównać i stać się jeszcze lepsze. Nie tylko żeby zniszczyć ten stereotyp kobiety zajmującej się wyłącznie domem, ale też aby realizować siebie.

Wydają masę pieniędzy na to by trenować, startować i realizować własne marzenia. Nierzadko zapożyczają się po to aby przez chwile poczuć emocje ze startów w jednej z imprez.

Kupują drogie rowery, pulsometry, garminy, chodzą na siłownie.

Na koniec dostają kubeczek na herbatę za swoje zasługi.

W zawodowym peletonie wygląda to nieco lepiej, bo zawsze mogą liczyć na pomoc ze strony klubu czy też sponsora. Ale żeby zostać zawodowcem, to najpierw trzeba zostać amatorem. Przejść długą drogę pełną różnych doświadczeń, niepowodzeń i masy przejechanych kilometrów.

Wstają wcześnie rano by zdążyć na trening. Potem praca, szkoła, dom. Na chleb trzeba zapracować, a tu jeszcze dochodzi ściganie.

Bo jak się nie ściga, to może sobie robić rundy koło domu. Ale co z tego, jeśli oczekują czegoś więcej?

Startują nowe projekty, nierzadko przekraczające ich własny budżet. Skąd w takim wypadku mają uścisnąć pomocną dłoń w realizacji własnych marzeń, jeśli nie od źródła?

Amatorzy nie są doceniani. W sumie w większości jest to nieopłacalne, więc po co?

Ukazywanie kolarstwa w mediach oprócz rozmaitych migawek ze Skandia Maraton, która jest rozbudowana medialnie czy innych światowych imprez nie ma jakiegokolwiek znaczenia w tych „środkach masowego przekazu”. Bo kogo niby miałyby interesować krajowe imprezy? Przecież sportem narodowym jest piłka nożna…

Nie mówię o mediach branżowych, ale tych, które zajmują się ogólną tematyką. To dla czego nie kolarstwem?

Dzień w dzień, tydzień w tydzień. Przez cały rok. Wstając i kładąc się spać myślą o kolarstwie. Są świetne w górach, na szosie, na torze. A mimo to dalej postrzega się je niepoważnie.

Zabawa kończy się w momencie, gdy pasja przeradza się w uzależnienia. A tutaj już są potrzebne fundusze. Bo trzeba kupić sprzęt, zainwestować w ciuchy, odłożyć na odżywki, współpracę z trenerem/dietetykiem, zapłacić startowe i jeszcze ma zostać na życie. Za swój wysiłek i zwycięstwo zamiast pieniędzy, które mogłyby przeznaczyć na realizację nie tylko własnych marzeń ale i propagowanie kolarstwa, to otrzymują w podzięce drobny gadżet, który i tak wyląduje na półce. Żenada.

Na koniec zostają potraktowane jak natrętny klient, który odwiedzając sklep otrzymuje od sprzedawcy niechciany towar z nadzieją, że to mu się przyda. Ta jasne…

W sezonie mamy wiele wyścigów, maratonów na których również startują kobiety. Poświęcają się one równie mocno jak mężczyźni wypełniając swój czas, a mimo to są traktowane w sposób niepoważny.

Bo niby dlaczego „rozrywka” miałaby się stać sposobem na życie?

Kobiety w kolarstwie są traktowane jako te, które powinny stać z boku. Najlepiej gdyby tylko stały za barierkami i czekały jak przejedzie „ELITA MĘŻCZYZN”. Mają ładnie wyglądać, pachnieć, ale broń Panie Boże, żeby jeszcze wsiadały na rowery i próbowały się ścigać.

A co w tym złego, że ktoś chce sobie polepszyć swoje życie, wziąć sprawy we własne ręce i zawalczyć o swoje?  Spróbować czegoś nowego, innego, może fajniejszego.

To takie typowo polskie nasze narzekanie, że wszystko jest złe zamiast cokolwiek spróbować z tym zrobić. Nie da się to trudno, ale nie podejmowanie próby jest jeszcze gorsze od porażki.